Nie dziedziczyć problemów, lecz potencjał. 3 pułapki w procesie sukcesji

REKLAMA
REKLAMA
Polskie firmy rodzinne wkraczają w najbardziej ryzykowny moment swojej historii – zmianę pokoleniową. Z danych PwC wynika, że ponad połowa z nich wciąż pozostaje w rękach założycieli, choć wielu z nich ma dziś 60–70 lat. W najbliższych latach tysiące firm staną przed kluczowym pytaniem: kto przejmie stery i czy biznes przetrwa zmianę warty? „Sukcesja to moment, w którym firmy rodzinne muszą zmienić nie tylko lidera, ale także sposób podejmowania decyzji i zarządzania firmą. Brak planu sprawia, że wraz z wejściem NextGen do ról przywódczych do organizacji przenoszone są nieprzejrzyste procesy, niezaadresowane konflikty oraz modele zarządzania, które przestają odpowiadać skali i ambicjom biznesu”– mówi Magda Maroń, psycholog biznesu i ekspertka HR, CEO agencji GoodHR.
Świadome budowanie przywództwa
„W sukcesji najczęściej popełnianym błędem jest próba bycia kopią założyciela. Następcy dziedziczą nie tylko firmę, ale też scentralizowany styl zarządzania, który dziś zwyczajnie nie skaluje się w realiach nowoczesnego rynku. Tymczasem przejęcie sterów to nie moment na odtwarzanie schematów, lecz na świadome zbudowanie własnego przywództwa i uporządkowanie kultury organizacyjnej. Takiej, która wzmacnia odpowiedzialność menedżerów, pozwala firmie rosnąć bez chaosu i daje jej realną stabilność na lata” – podkreśla Magda Maroń, ekspertka HR z blisko 15-letnim doświadczeniem w obszarze procesów HR, zarządzania ludźmi i kultury organizacyjnej. Specjalizuje się w diagnozowaniu przyczyn chaosu organizacyjnego, spadku zaangażowania i wypalenia zawodowego oraz w projektowaniu rozwiązań, które realnie przywracają odpowiedzialność, sprawczość i sens pracy.
REKLAMA
REKLAMA
3 pułapki, które zabijają rozwój firm zarządzanych „po staremu”
Pułapka nr 1: Jedno biurko, milion problemów. Gdy prezes spowalnia organizację
W wielu polskich firmach wciąż obowiązuje niepisana zasada: bez „błogosławieństwa” szefa nie dzieje się nic. Od decyzji operacyjnych, jak zakup papieru do drukarki, po kluczowe kontrakty strategiczne – wszystko musi przejść przez jedno biurko. Taki model daje złudne poczucie kontroli, ale w praktyce staje się wąskim gardłem całej organizacji. Firma reaguje wolniej niż rynek, traci okazje biznesowe, a menedżerowie, pozbawieni realnej decyzyjności, uczą się jednego: nie warto brać odpowiedzialności skoro i tak ostateczne słowo należy do kogoś innego. To błędne koło, ponieważ właściciele firm są poirytowani taką postawą managerów.
„To klasyczny przykład organizacji uzależnionej od jednego decydenta. W krótkim terminie taki model może działać, ale w dłuższej perspektywie blokuje rozwój firmy i demotywuje kadrę menedżerską. Sukcesja to najlepszy moment, by przerwać ten schemat i zbudować system, w którym decyzje zapadają tam, gdzie jest wiedza i odpowiedzialność. Bez tego nawet najlepsza strategia pozostanie na papierze” – komentuje Magda Maroń.
Pułapka nr 2: Gdy najlepsi odchodzą, firma słabnie
Autorytarny, hierarchiczny model zarządzania, charakterystyczny dla firm lat 80. i 90., dziś okazuje się nieefektywny i szkodliwy. Opierał się na dystansie, wielkości gabinetu czy piętrze w biurowcu, a autorytet był „dziedziczny” — nadawany wraz z pieczątką prezesa. Współczesna rzeczywistość biznesowa jest jednak inna: rośnie świadomość kompetencji, a pracownicy oczekują wpływu, odpowiedzialności i uznania swojej wiedzy.
REKLAMA
Firmy, które utrzymują autorytarny styl zarządzania, uruchamiają mechanizm negatywnej selekcji. Niezależni, wartościowi specjaliści i menedżerowie szybko odchodzą, ustępując miejsca tym, którzy wolą brak decyzyjności w zamian za poczucie bezpieczeństwa. W efekcie organizacja stopniowo traci kapitał intelektualny, zamyka się na nowe idee i przestaje generować innowacje — co bezpośrednio obniża jej konkurencyjność.
Współczesny autorytet buduje się inaczej: codzienną spójnością między słowami a czynami, uznaniem wiedzy i doświadczenia zespołu oraz szacunkiem dla ludzi, którzy wnoszą realną wartość do organizacji. To on, a nie hierarchia czy gabinet prezesa, decyduje o sukcesie i długofalowej sile firmy.
„Przerwanie tego mechanizmu wymaga świadomej zmiany modelu zarządzania już na etapie zmiany pokoleniowej na najwyższym szczeblu firmy. Kluczowe jest realne przekazanie decyzyjności menedżerom, jasne zdefiniowanie ról i odpowiedzialności oraz odejście od kultury kontroli na rzecz kultury zaufania i rozliczalności. Następca, zamiast skupiać się na „trzymaniu wszystkiego w rękach”, powinien stworzyć warunki, w których kompetentni liderzy chcą zostać, rozwijać się i brać odpowiedzialność za wyniki. To właśnie ten moment decyduje, czy firma zatrzyma talenty i odzyska świeżą energię, czy będzie dalej dryfować w kierunku organizacyjnego wypalenia” – tłumaczy Magda Maroń.
Pułapka nr 3: Kruchość operacyjna
Największym balastem firm powstałych na przełomie XX i XXI wieku jest syndrom szefa-wszechwiedzącego. To styl zarządzania, który w pewnym momencie staje się szklanym sufitem dla wzrostu i innowacji. Nowoczesny proces sukcesji to szansa na odblokowanie potencjału pracowników, którzy przez lata byli jedynie wykonawcami woli właściciela.
Gdy „wszystko jest w głowie szefa”, firma staje się bardzo wrażliwa na jakiekolwiek wstrząsy. Brak spisanych procesów i jasnej delegacji uprawnień sprawia, że nagła nieobecność lidera – choroba, urlop, zmęczenie – natychmiast wywołuje chaos decyzyjny i organizacyjny. Zamiast działać jak sprawny mechanizm, organizacja funkcjonuje jak kolos podtrzymywany przy życiu wyłącznie przez jedną osobę. W takiej strukturze każda decyzja, nawet najprostsza, może zablokować cały biznes. Zmiana paradygmatu z kontroli na zaufanie, z centralnej decyzyjności na delegowanie uprawnień, jest najtrudniejszym, ale i najbardziej zyskownym etapem transformacji.
„Firmy uzależnione od jednej osoby żyją w ciągłym stanie ryzyka. Aby zmienić ten schemat trzeba stworzyć strukturę, w której zespół wie, co robić i bierze odpowiedzialność za decyzje. Tylko wtedy firma przestaje być „jednoosobowym kolosem” i zacznie działać samodzielnie” – tłumaczy Magda Maroń.
Diagnoza i dialog: fundamenty nowej ery przywództwa
„Często trudno spojrzeć obiektywnie na firmę, będąc w samym środku rodzinnych zależności i wieloletnich układów. Dlatego początek procesu sukcesji warto rozpocząć od niezależnej diagnozy organizacji i wsłuchaniu się w głos pracowników na każdym szczeblu. Dzięki temu sukcesor otrzymuje rzetelny obraz tego, co działa, a co wymaga zmiany, wraz z konkretnymi rekomendacjami. Taki krok wysyła też jasny sygnał zespołowi: zmiana przywództwa to nie tylko zmiana nazwiska na pieczątce, ale realna wartość i szansa na wprowadzenie lepszych praktyk, za które pracownicy poczują się docenieni” – podsumowuje Magda Maroń.
REKLAMA
REKLAMA


